Spomiędzy wodorostów para brązowych ślepek uważnie obserwowała istoty unoszące się na powierzchni morza.
- Phi - prychnął z rozbawieniem Konik Morski - a to podobno o mnie mówią dziwne stworzenie. Interesujące bezpłetwce.
Nieodparta ciekawość nie pozwalała zwierzątku ani na moment spuścić ludzi z oczu...
niedziela, 26 grudnia 2010
Zima jest czekaniem
Zima jest czekaniem
(Wpis z cyklu "dopadła mnie chandra" i ...uj! Konikowi też wolno bręczeć o bzdetach.)
Zimą się czeka.
Czeka się na pociągi i autobusy. Czeka się na info: od przyjaciół, którzy nie dojechali, o paczkach, których nie dostarczono na czas. Czeka się na śnieg, później na chwilę słońca i lżejszy mróz. Czeka się, aż odwołają zajęcia. Na usunięcie awarii się czeka. W drzwiach na psy i koty, by nie zostały nocą na dworze. Czeka się na Święta i na ich upragniony koniec, na Nowy Rok. Na wenę się czeka, na rozstrzygnięcie, by podjąć decyzję. Na zrozumienie.
Jeśli szybko powtarzać: czekam, czekam, czekam, czekam, czekam, czekam… brzmi jak tykanie zegara. Dziwne i bezsensowne. I takie jest czekanie…
Wszystko się dłuży. Jeszcze nie teraz. Za jakiś czas. Byle do wiosny… Zima jest czekaniem. Mam na imię: Czekam.
„…Nigdy nie będziemy jak Bonny i Clyde - ani orłem ani reszką. Będziemy jak ten deszczowy maj, jak ci wszyscy brzydcy ludzie z Tesco.
Jestem chory na wszystko kochana I nie wiem co mnie tu czeka. Jestem chory na wszystko. Chorobę mam na powiekach. Jestem chory na wszystko kochana I jak pies kulawy szczekam. Jestem chory na wszystko, Chory na wszystko, Chorobę mam na powiekach.”
niedziela, 12 grudnia 2010
Rosiński i Star Wars
Rosiński i Star Wars
- Kim jest Rosiński? W odpowiedzi na to pytanie moją koleżankę otoczyło złowrogie milczenie i grupowy wytrzeszcz. - Ale Thorgala chyba znasz? - Nie mam pojęcia co to takiego. - W jakiej dżungli żeś się chowała kobieto! Koleżanka postanowiła zaszyć się w kątku i kręcić talerzykiem, bujając się w przód i w tył.
Cała sytuacja wydawała się dość zabawna. Towarzystwo było zróżnicowane i wydawać by się mogło, że kultowość postaci autora nie będzie tak ugruntowana jak np.: wśród miłośników fantasy. A jednak! Rosiński to legenda „wielośrodowiskowa” i według niektórych świętokradztwem jest nieznajomość jego twórczości.
Tylko po co właściwie ten „napad” na kobitkę? Hmm… Siudmak, Royo, Baranowski, Valejo i Bell, Miyazaki - przecież można ich nie znać. Nie wiem co musi osiągnąć artysta, by przejść do kanonu swej dziedziny. W jakim punkcie efekt zawodu/ hobby/ chałtury staje się klasyką, której nie wypada nie znać lub nie lubić? Talent to nie wszystko. Szczęście to nie wszystko. Zatem co? Tchnienie bóstwa, przypadkowy mix, ilość zapytań w wyszukiwarce, śmierć twórcy? Czy wystarczy „to coś” co porusza wyobraźnię i wzbudza emocje?
Moja kumpela, której dekonspirować nie będę, twierdzi, że w pewnych okolicznościach nie przyznaje się, że nie lubi Star Warsów i nie czytała Sapkowskiego. Przypuszcza, że fani by ją zjedli. A może się myli…
poniedziałek, 25 października 2010
Dąb katyński – Polska lasem stoi
Dąb katyński – Polska lasem stoi
Przed konikowym ogólniakiem posadzono drzewo. Symetryczne, proste, grubości damskiego ramienia. Idea chwalebna. Sęk w tym, że przed drzewkiem wyrosła tablica z napisem „dąb katyński”. Konika lekko wmurowało.
Przez siedemdziesiąt lat (a przynajmniej od roku 1990’,1992’) o pomordowanych żołnierzach mówiło się niewiele, a gdy prze głupotę ludzką rozbija się prezydencki samolot to się sadzi drzewa, wmurowuje tablice, nazywa ulice i protestuje pod krzyżem, jednocześnie małego-rozwydrzonego traktując jak świętą krowę, bo żałoba, bo żal. Rozmywa się tamtą pamięć. Dewaluuje.
Wpieklił mnie także fakt, że ogólniak przynajmniej „za konikowych czasów” był bardzo apolityczny, czy raczej… (trudno określić tamtą atmosferę) tolerancyjny wobec różnych poglądów, ruchów, stowarzyszeń. A tu… taki zonk. Wiadomo: wybory samorządowe się szykują – trzeba się przypodobać. Wstrętne to i smutne.
Dąbkowi karierę Konik wróży do sylwestra, bo nie takie gałązki widziałam połamane po imprezie pod ratuszem. Tablicą chętnie zaopiekują się złomiarze i monitoring nie pomoże.
Obiecałam sobie kiedyś, że na blogu o polityce nie będzie, kończę więc cytatem, który ostatnimi czasy bardzo kojarzy mi się z sytuacją w Polsce:
… -'Kiedy wjechali na wyniosłość drogi, oczom ich ukazał się las' - Przewróć stronę. - O, kurwa... - Czytaj! - '...oczom ich ukazał się las... krzyży.' ...
czwartek, 30 września 2010
Seans
Seans
- Niemowlęctwo, przedszkole, podstawówka: nuda. Przewijam. - Zatrzymaj! W ogólniaku łaził za mną jakiś typ… Właściwie to nie chcę tego oglądać. Przewiń! - Studia: kilka razy film Ci się urwał, więc może warto obejrzeć powtórkę? - Nieee… przewijaj, przewijaj! - Co my tu mamy: praca, dom, rodzina. Nuda w 3D. W sumie, poza wypadkiem, nic ciekawego. - W sumie tak. Brakuje ci czasem ciała? - A czy tęskni się za ogryzionym paznokciem, obciętym włosem czy złuszczonym naskórkiem?
“Surprise! You're dead! Ha ha! open your eyes, See the world as it used to be, when you used to be in it When you were alive and when you were in love And when I took it from you! ... Surprise! You're dead! Guess what? It never ends...”
P.S. Może i dobrze, że w chwili wypadku życie nie staje przed oczyma. Nie zawsze jest to seans wart powtórki.
niedziela, 05 września 2010
Całuję rączki
Całuję rączki
Pewien mój „średnio znajomy” ma zwyczaj całowania kobiet po rękach. Zawsze wydawało mi się to dość niehigienicznym i obleśnym sposobem powitania, zwłaszcza w wykonaniu obcych facetów. Ale okazuje się, że można to robić z klasą. Znajomy ujmuje kobiecą dłoń oburącz, pochyla się i miękko, sucho, niespiesznie całuje.
Rzekłabym nawet, że robi to z „niemałą dozą erotyzmu”. Konika ciężko speszyć, ale czasem mam ochotę wyrwać dłoń z uścisku, bo powitanie tego człowieka ma tylko odrobinę wspólnego z eleganckim tekstem pewnego tanga:
„Całuję Twoją dłoń, Madame śniąc, że to usta Twe, przed Tobą chylę skroń, Madame, bo dobry ton tak chce, lecz serce moje śni, Madame że gdy poznamy się nim przejdzie kilka chwil, Madame pozwolisz sama mi, Madame miast twą całować dłoń całować usta twe…”
Jego spojrzenie znad wierzchu dłoni, to wzrok który przewierca. Niby chwila ale to zwierzęce „mierzenie się”. Przygrywka, obietnica i groźba w jednym. Szalenie dwuznaczne i okazuje się: niesamowicie działające na kobiety.
Panowie! Może i cała ta erotyczna otoczka to wytwór kobiecego umysłu ale w chwili, gdy zwyczaj witania kobiet pocałunkiem w dłoń stał się passe, odebrano Wam fantastyczny element gry wstępnej. Choć oczywiście można bezpłciowo „cmoknąć babkę w łapkę”, nie uruchamiając całej serii skojarzeń, wyobrażeń i rozkosznego niepokoju, i biec dalej.
środa, 28 lipca 2010
Przychlasty i żarłoczny asfalt
Przychlasty i żarłoczny asfalt
Jadę. Schyłek nocy, jeszcze chwila i będzie świtać. Kilometry znanej drogi nawijane na szpule osi. I dziesiątki martwych zwierząt na asfalcie – coś jak drogowe kalambury „zgadnij, czym byłem za życia?”.
O ile w ogóle rozróżnialne, to szczątki jeży, lisów, żab, czasem łasic, psów. I co dziwne kotów. Zawsze wydawało mi się, że tak zwinne zwierzęta nie powinny dać się zabić. A jednak. Światła aut hipnotyzują. Sama muszę się pilnować, żeby się nie „zapatrzeć” w sunące przede mną światełka.
Futrzaki odrzucone siłą uderzenia leżą na poboczach, tylko niekiedy miały jeszcze dość sił, by zatoczyć się i zdechnąć na środku drogi. Leżą. Leżą i wystają. Chwilę później są już nieco bardziej płaskie i zaczynają przypominać mielone mięso. Naleśniki. Przychlasty takie. A w pewnym momencie znikają. Gdy pojadę tędy rano nie będzie po nich śladu. Nawet plamka krwi nie zostanie na drodze.
Zupełnie jakby asfalt pochłaniał resztki. A może masa bitumiczna działa celowo? Najpierw zbiera w koleinie wodę, do której wabi żabę. Rozjechaną żabę zjada jeż, potrąconego jeża wściekły i wyleniały lis, itd. Masa zawija się, pochłania przychlasta i powstaje głębsza koleina.
Czy mi się zdawało czy pobocze zafalowało? Gwałtownie omijam wyrwę w jezdni. Mogłabym przysiąc, że nie było tu tej dziury…
“…And the road becomes my bride I have stripped of all but pride So in her I do confide And she keeps me satisfied Gives me all I need.
...And with dust in throat I crave Only knowledge will I save To the game you stay a slave Rover, wanderer, Nomad, vagabond, Call me what you will.”
środa, 14 lipca 2010
Człowiek na ciepło raz!
Człowiek na ciepło raz!
Wszystkie okna w mieszkaniu pootwierane. Fale powietrza jak wydech odkurzacza przyklejają mnie do jedynej chłodnej powierzchni w mieszkaniu, do podłogi. W telewizorni sezon ogórkowy – same powtórki filmów, więc tylko buczy w tle. Telefon grzeje się od nieodbieranych połączeń. Wtem! Męski odgłos paszczowy, gdzieś spomiędzy bloków. Odgłos satysfakcji - należy dodać. Hmm… gwałcą facetów i mnie tam nie ma? Niee… to tylko strzelony gol. Zresztą, nawet kosmate myśli od razu zbijają się w mokry od potu kłębek sierści.
Wychodzę na balkon, piętro niżej stary sąsiad w wytarganym podkoszulku wsiąka w fotel. Bleee… Opieram się przez chwilę o barierkę. Zostaje mokry ślad. Lepiąco, klejąco, przylegająco, glutowato, sennie i zmęczenie jednocześnie. Obrzydliwie. Czuję się jak jakaś przylga, ślimak jakiś, masa rozlazła. Okropność. I jutro do pracy trzeba, bo już po urlopie.
Lato w mieście. Fuj…
Poza klimą, od której boli Konika głowa, nie ma chyba dobrej metody na „upała”. Prysznic ewentualnie, ale wynalazek Pana Priessnitz’a należałoby udoskonalić, bo efekt utrzymuje się zbyt krótko. Winogrona z lodówki są dobre. Bredzę już… System mi się przegrzewa.
Od siedzenia pod wodą skóra mi się na dłoniach pomarszczy, ale chociaż mózg wróci do normy. Mam nadzieję…
„Jestem polarnym niedźwiedziem, zedrzyj ze mnie futro, jutro, albo jeszcze lepiej dziś, jestem twój polarny miś.
Pod lód ciągnie mnie twój arktyczny wzwód.
Jestem misiem, kochać chce mi się. Jestem misiem, kochać mi się chce. Zabierz mnie na ryby, na błękitne wieloryby. Zabierz mnie na lody, i na białe samochody. Zabierz mnie gdzie chcesz, jestem twój drapieżny zwierz.
Pod lód ciągnie mnie twój arktyczny wzwód.
Jestem misiem, kochać chce mi się. Jestem misiem, kochać mi się chce.”
wtorek, 06 lipca 2010
Białe truskawki o ciemnych pestkach
Białe truskawki o ciemnych pestkach
Łaziłam ostatnio po dachu pewnej kamienicy, w starej dzielnicy Poznania. Dach lata świetności miał dawno za sobą, kryty papą uginał się pod stopami. Bez jakichkolwiek barierek, zabezpieczeń. Wiatr, otwarta przestrzeń, wspaniały widok. Gdzieś daleko w dole spoceni ludzie zapatrzeni w chodnik. Tylko jeden krok…
Wspomnienia takich chwil pozwalają mi przetrwać w tłumie na festiwalach. Bo gdy kolejna, nawalona w trzy dupy małolata, ładuje mi łokieć pod żebro, to niewiele trzeba, by przejść do rękoczynów. Lepiej skupić się na wykonawcach, niż na otoczeniu. Zwłaszcza, że także w tym roku, kilka zacnych koncertów, jak to określa pewna wiedźma: „dupę urwało”.
Takie skupiska ludzi mają też tę cechę, że zawsze przypętają się „starzy znajomi”. Spotkania te, są jak białe, niedojrzałe truskawki o ciemnych pestkach. Lubiane przeze mnie, świeże w smaku, niedostępne na co dzień i… w nadmiarze powodujące ból brzucha.
Poza tym, niedosyt mam…
„Why take everything you see? You'll have nothing left to squander. If you keep pushing me away, You'll have no one left to love.
You throw it all away. Those ties you went and suffered for. You cause disaster And flounder, flounder, flounder, flounder.”
sobota, 08 maja 2010
Poród czyli wypruwanie flaków
Poród czyli wypruwanie flaków Mnożą się znajomi Konika. Wpadam na chwilę w odwiedziny do świeżo upieczonej mamuśki vel „mleczarki” i co jest punktem obowiązkowym konwersacji? Oczywiście… dokładna relacja z porodu. Może kiedyś zrozumiem kobiecą potrzebę opowiadania o przeżyciach na porodówce. Póki co to zagwózdka dla mnie jest. W oczach niektórych jestem „jałówką” i już to powoduje, że należy mnie uświadamiać opowieściami o lewatywach, bólach partych, kleszczach, cięciu, szyciu i porodzie łożyska. Jakby mi się do tego spieszyło. Tylko dlaczego akurat przy kawie? Jestem w stanie zrozumieć, że cierpienie, ból upokarza, czyni nas zależnymi od innych, jest nam z tym źle i chcemy pogadać, ale proszę, bez „apetycznych” szczegółów. Trochę to przypomina gadanie o wizycie u dentysty – jak ktoś mi się zaczyna rozwodzić, to na ogół usadza go tekst o dłutowaniu kości. Delikwentowi mina rzednie, bo niektórych historii nie da się przebić. Na nieszczęście, moim kobitkom nie mam sumienia fundować mrożących krew w żyłach historii (poza tym jako „jałówka” wypadłabym niewiarygodnie). I tak siedzę, sączę kawę i słucham mamusiek. A każda historia narodzin, puentowana jest stwierdzeniem, że „był ból, pot, łzy i załamanie a teraz radość wywołuje nawet pierdnięcie malucha”. Cudne. I pomyśleć ile jeszcze „uroków macierzyństwa” przed nimi. Facetów nie karmi się takimi głodnymi historiami. Baby babom zgotowały ten los. Potrzeba dzielenia się wiedzą, jak jakieś stado małp. Doświadczone osobniki uczą młodsze. Może i jestem małpą ale jak będę potrzebowała informacji to zapytam. Kiedyś… „Happy birthday to you..” powinno się śpiewać kobietom w ciąży.
sobota, 27 lutego 2010
Odgrzewania kotletów nie będzie
Odgrzewania kotletów nie będzie
Nowych notek deficyt. Przynajmniej czas jakiś. Jedyne co po pracy, zaprząta mi myśli to poduszka, łóżko i wszystko co wiąże się ze... snem. :P Miałam zamiar zamieszczać moje stare opowiadania w charakterze "zapchajdziury" i cobyście o Koniku nie zapomnieli, ale popełnione kilka lat temu wymagają wieeelu poprawek. No i chyba już czas na coś nowego. Jazda pociągami sprzyja, więc kto wie?
Jeszcze tylko muzy lub "muza" mi trza... Poznaliście ostatnio interesujących ludzi?
|
|